- Do Wisły Kraków raczej nie odejdę. Jeśli już gdzieś wyjadę, to za granicę. Najchętniej do mojej ulubionej ligi hiszpańskiej. - mówi Radosław Majewski. Młody rozgrywający jest prawdziwym objawieniem obecnego sezonu OE.
Stosuje pan zagrania typowe dla NBA, czyli tzw. no look pass - patrzy pan w jedną stronę, a podaje w drugą. Ponoć każdy obrońca Orange Ekstraklasy boi się tej akcji Majewskiego.
Tak to mój znak firmowy (śmiech). Ale nauczyłem się tych podań nie od Koby'ego Bryanta, czy LeBrona Jamesa, a od Zinadine'a Zidane'a. To był mój idol, oglądałem jego sztuczki całymi dniami., a potem próbowałem je kopiować, jak widać z niezłym skutkiem.
A zdarzyło się panu, jak Francuzowi, uderzyć kogoś z byka?
Nie, jeszcze nie. Ale nie wykluczam, że jak kiedyś będę grał w meczu o wielką stawkę, to nie wytrzymam presji i znokautuję rywala (smiech)
W przeszłości ktoś nabijał się z pana warunków fizycznych.
Tak, wiele razy słyszałem zdania typu: Chłopaku, jesteś za mały, nie przebijesz się do ligi. Jak widać, ci pseudofachowcy nie mieli racji. Bywają sytuacje zabawne - niedawno podszedł do mnie kibic reprezentacji i powiedział coś w stylu: ale jaja, myślałem, że jest pan dużo wyższy.
Dużo nauczył się pan od swojego klubowego kolegi, Piotra Świerczewskiego?
Tak. (...) To fajny facet, zawsze trenuje z nim w parze, wiele mi to daje. Chciałbym jeszcze przejąć od Piotra agresję. Podczas meczów bywam zbyt pierdołowaty.
Przejdzie Pan do Wisły Kraków, by zdobyć tytuł?
Raczej nie, jeśli już gdzieś wyjadę, to za granicę. Najchętniej do mojej ulubionej ligi hiszpańskiej.
To byłby niezły transfer, ponoć jest pan wart trzy miliony euro?
Dla mnie to szokująca niewyobrażalna suma. Gdy usłyszałem, że na tyle zostałem wyceniony, najpierw się przeżegnałem, a potem złapałem za głowę i trzymałem naprawdę dłuuugo.
Nasze serwisy: Dyskobolia Grodzisk