Ekstraklasa
Wydarzenia
Derby
Sobota, 2 października, 08:37

W niedzielę po raz 168. wielkie krakowskie derby, czyli "święta wojna". To określenie nieodmiennie zapiera dech i wywołuje przyspieszony rytm serc kibiców Cracovii i Wisły. Przed laty zapowiedzi pojedynków derbowych były wydarzeniem całej sportowej Polski. Teraz, kiedy "pasy" znalazły się znowu w ekstraklasie, mecz nabiera szczególnej wagi.
Oba kluby narodziły się na Błoniach, tutaj 20 września 1908 roku rozegrały pierwszy, udokumentowany w kronikach, mecz derbowy, zakończony wynikiem 1-1.
Tamtym derbom towarzyszyła dżentelmeńska atmosfera na widowni, między piłkarzami nie było antagonizmów. Choć zawsze była olbrzymia ambicja i wola walki, bo wygrana w derbach oznaczała panowanie w Krakowie do następnego pojedynku.
Przywiązanie do barw klubowych było w tamtych latach sprawą niemal świętą. Z takiego myślenia wyłamał się przed wojną Jan Reyman, przechodząc z Cracovii do Wisły.
Po wojnie coraz częściej zdarzały się "wędrówki" w jedną bądź w drugą stronę. Z Wisły do Cracovii trafili m.in. Mordarski, H. Szymanowski, Depa, Mróz, w obecnej jedenastce "pasów" grają trzej wychowankowie "Białej Gwiazdy" Skrzyński, P. Nowak i Radwański.
W drugą stronę powędrowali m.in. Hausner, Kmiecik, Stroniarz, M. Zając. Ciemnoskóry Feutchine grał w obu zespołach, to jedyny do tej pory przypadek, że obcokrajowiec występował i w Wiśle, i w Cracovii.
Ma Wisła swój znany w cały świecie hymn: "Jak długo na Wawelu", ma od niedawna swój hymn Cracovia napisany przez Macieja Maleńczuka, a zaczynający się od słów: "Cracovia i jej barwy dwie, Cracovio po prostu kocham cię".
Każdy kibic kocha swój klub. Nieżyjący już red. Tadeusz Dobosz napisał kiedyś balladę na 70-lecie obu klubów, w której zawarł piękne zdanie: - Jedni Wisłę ukochali, drudzy Cracovii serce dali.
Znany krakowski piłkarz Henryk Reyman opowiedział kiedyś pewną historyjkę: - Wisła wygrała na boisku przy ul. Kałuży 1-0. Kiedy zawodnicy schodzili do szatni, jakaś sympatyczka "pasów" podeszła do Reymana (strzelił zwycięskiego gola) i krzyczy podniesionym głosem: - Ja bym ci za tę bramkę wydrapała oczy.
To było najbardziej dramatyczne wydarzenie, jakie Henryk Reyman zapamiętał z tamtych derbów Krakowa. Niech niedzielne będą prawdziwym świętem sportu w Krakowie!
Błonia piłkarskiej przyjaźni
Leszek Snopkowski miał to szczęście, że grał w jednej drużynie z Mieczysławem Graczem, Józefem Kohutem, Jerzym Jurowiczem, Stanisławem Flankiem i wieloma innymi piłkarskimi znakomitościami Wisły, a w wielkich derbach Krakowa przeciwko Rybickiemu, Tadeuszowi Parpanowi, Edwardowi Jabłońskiemu i całej plejadzie świetnych zawodników w czasach, gdy obie drużyny - jak przed wojną - walczyły o mistrzostwo Polski. Obecny szef Rady Seniorów "Białej Gwiazdy" chętnie więc wraca pamięcią do bogatych w sukcesy dla wiślaków i pasiaków lat 40. i 50.
Potem, już jako działacz sekcji piłkarskiej klubu z Reymonta i Krakowskiego Okręgowego Związku Piłki Nożnej, też aktywnie uczestniczył w najważniejszych w naszym mieście piłkarskich wydarzeniach, a takimi były wciąż spotkania derbowe, bez względu na to, w jakich ligach grały dwie najstarsze w podwawelskim grodzie drużyny.
Zaszczyt i wyróżnienie
- Nie zagrałem, niestety, w pamiętnym dodatkowym meczu decydującym o mistrzostwie Polski w grudniu 1948 r. na boisku Garbarni. Wtedy byłem jeszcze w rezerwie, bez szans wyjścia na boisko, bo ówczesne przepisy nie dopuszczały w ogóle zmian. Jak ktoś znalazł się w składzie, to grał już do końca. Kibicowałem więc starszym kolegom - wspomina. Rozpocząłem karierę, jeśli mogę użyć takiego określenia, w 1946 r. W wielkich derbach Krakowa wystąpiłem jednak dopiero w 1949 r.
- Żeby nie używać górnolotnych słów, był to dla mnie zaszczyt. Gra z Jerzym Jurowiczem, Mieczysławem Graczem, Józefem Kohutem, Mieczysławem Rupą, braćmi Adamem i Janem Wapiennikami, choć młodszy z nich był zaledwie o pół roku ode mnie starszy, Władysławem Giergielem, Józefem Mamoniem stała się dla mnie ogromnym wyróżnieniem. Wszedłem przecież do bardzo zgranej paczki, choć w czasie meczu nieraz można było dojść do innego wniosku, bo piłkarze wzajemnie się opieprzali w sposób typowy dla chłopaków z Kazimierza, czasami na boisku dochodziło nawet do bitki, ale po meczu szybko się godzili, szczególnie, kiedy odnieśliśmy zwycięstwo.
- Mnie nazywali "studencikiem", bo w tym okresie - od 1947 r. do 1952 r. - studiowałem prawo. Mimo że koledzy mogli odczuwać pewien dyskomfort, bo poza sportem zajmowali się pracą typowo fizyczną: kierowcy, drukarza - wybrali mnie w 1953 r. kapitanem drużyny, w której wciąż nie brakowało sławnych graczy, reprezentantów Polski. Z tego można wnosić, że po pierwsze - mieli jednak do mnie zaufanie, a po drugie - musiałem umieć grać w piłkę, skoro obdarzony zostałem takim zaufaniem.
Zbratanie przy stole
Innym dowodem szacunku mogło być zaproszenie... do stołu. O piciu wódki przez niektórych piłkarzy z tamtych lat krążą do dziś anegdoty. Podobno możliwości mieli nieograniczone. W swoje sidła złapali kiedyś również abstynenta Snopkowskiego.
- Choć wiedzieli, że nie piję alkoholu, Mietek Gracz zaprosił mnie na imieniny w Nowy Rok. Odwołałem spotkanie z narzeczoną, która mieszkała przy alei Słowackiego i poszedłem na te imieniny. Wlali mi trochę za kołnierz, po raz pierwszy w życiu byłem pijany. Podobno, jak mi potem opowiadali, usiadłem gdzieś w kącie i powtarzałem: - O rany Boskie, Helenko, dlaczego nie poszedłem do ciebie. Mieli ze mnie niezły ubaw. A dla mnie nie było tajemnicą, że lubili wódkę. Wiedzieli o tym również trenerzy. Josef Kuchynka, stary wyjadacz, tylko popatrzył na zawodnika, który się przygotowywał do treningu, już wiedział, co mu zaaplikować. Kohutowi kazał na przykład ubrać dwie dodatkowe bluzy i biegać. Zaczynał trening od kilku kółek dla tych, którzy według niego powinni wypocić zbędne płyny.
W gronie kibiców
Tradycją, którą na pewno chciałoby się dziś podtrzymać, było przejście piłkarzy z jednej strony Błoń na drugą. - Byliśmy już w strojach, przygotowani do gry - wspomina Leszek Snopkowski. - Towarzyszyło nam zawsze grono kibiców. To świadczyło o kulturze sympatyków Cracovii i Wisły. Teraz to trudno sobie nawet wyobrazić. Jest to już, niestety, niemożliwe. Dlatego, ilekroć obserwuję w Canale+ jak drużyna przyjeżdża na mecz autokarem, wysiada z niego niemal wprost na boisko, to za każdym razem przypominam sobie nasze stare zwyczaje, niezwykle sympatyczne.
- Mimo ostrej rywalizacji na murawie zawodnicy obu zespołów dość często spotykali się towarzysko. Sam nie należałem do bawiących się, nazywając to kolokwialnie. W moim przypadku o mocniejszym alkoholu nie było mowy, a piwa nikt nie pił. Wybór był prosty: wódka albo nic.
- Piłkarze mieli swoje ulubione lokale - przy Mikołajskiej i Sławkowskiej, gdzie mieściła się winiarnia. Różnie było z papierosami. Ja paliłem - od zakończenia sezonu do Nowego Roku, czyli przez kilka tygodni przerwy w rozgrywkach. Byłem mocno zdyscyplinowany i tych zasad trzymam się do dziś, a mam 76 lat. Nie więcej, jak trzy razy w życiu byłem może pijany i to zanim nie skończyłem trzydziestki.
Bez polowania na kości
- Nie przypominam sobie, aby w derbach dochodziło na boisku do polowania na kości. Nie kopało się nawet tego, do którego miało się jakieś "anse". Najlepiej wyjaśnialiśmy sobie wszelkie nieporozumienia podczas wspólnych obiadów. Ten zwyczaj zachował się po styczniowych meczach o Herbową Tarczę Krakowa. Odbywało się to albo w Sokole, gdy gospodarzem była Cracovia, albo w kasynie przy obecnej Królewskiej, kiedy derby rozgrywano na stadionie Wisły - mówi Leszek Snopkowski.
- Prezes Ludwik Miętta-Mikołajewicz do dziś przechowuje w swoim gabinecie pamiątki z tych spotkań. Sam, już jako działacz, a skończyłem grać w 1961 r., starałem się powielać najlepsze wzory z meczów derbowych. Od 1963 r. pracowałem w Wydziale Szkolenia KOZPN i równocześnie w sekcji piłkarskiej klubu. W latach tłustych, czyli w 1978 r., kiedy Wisła zdobyła mistrzostwo Polski, i następnych byłem zastępcą kierownika, odpowiedzialnym za pierwszą drużynę. Za osobisty sukces uważam dogadanie się z trenerem Orestem Lenczykiem. Znaliśmy się jak "łyse konie". Powodem do dumy było przede wszystkim to, że większość zawodników to byli wychowankowie. Dziś rzecz nie do pomyślenia. W najbliższą niedzielę w Wiśle nie będzie żadnego wychowanka, za to w Cracovii trzech, którzy zaczynali w naszym klubie. Dawniej także wielu wiślaków przeszło do Cracovii, choć zdarzały się też ruchy w drugą stronę, żeby przypomnieć Kazia Kmiecika czy Ryśka Sarnata. Grał też u nas Krzysztof Hausner, medalista mistrzostw Europy juniorów w Portugalii razem z innymi "pasiakami" Andrzejem Rewilakiem i Januszem Kowalikiem.
- Przejścia wiślaków wynikały też z tego, że u nas nie mieli już miejsca, a Cracovia grała w niższych klasach i chętnie ich przyjmowała.
Nikt nie ustawiał!
Leszek Snopkowski kategorycznie zaprzeczył, aby ktoś naciskał na "ustawienie" wyników derbów w sezonie 1983/84, kiedy Cracovia i Wisła po raz ostatni zmierzyły się o pierwszoligowe punkty, choć dwa raz padł jednak bezbramkowy remis. - Nie przypominam sobie czegoś takiego, lecz nie mogę zupełnie wykluczyć, że jakąś nieformalną umowę - przy piwie - zawarli sami piłkarze. Nic o tym jednak nie wiem. Za to w 1993 r., po pamiętnej porażce 0-6 z Legią u siebie, byłem w komisji dyscyplinarnej, która po obejrzeniu taśmy z meczu ukarała zawodników nie za sprzedaż punktów, choć nikomu nie udowodniliśmy tego, ale za niewywiązanie się z obowiązków na boisku, nałożonych umową z klubem.
Najważniejsze pieniądze
Wracając do zbliżającego się spotkania derbowego, Leszek Snopkowski przypomina o wspólnych inicjatywach rad seniorów Cracovii i Wisły. - Być może jesteśmy idealistami, uważając, że możemy zrobić to czy owo. Jak jednak namówić kibiców do zmiany nastawienia, skoro zawodnikom coraz częściej obce zaczyna być pojecie przywiązania do barw klubowych. I wcale bym się nie zdziwił, gdyby jeden czy drugi zapytał - a co to są barwy klubowe? Górę wzięły pieniądze. Może taki jest bieg spraw, tak już musi być, ale ja się nie mogę z tym pogodzić.
Zasłużeni na trybunach?
Leszek Snopkowski nie potrafił powiedzieć, czy w niedzielę zasiądą na trybunach zasłużeni dla Wisły gracze. Wie natomiast o zdrowotnych problemach przykutego do łóżka 85-letniego Stanisława Flanka i Władysława Kawuli. Spodziewa się za to wizyty "pasiaka" Czesława Rajtara. Piłkarski Kraków szykuje się do wielkiego święta.

Ulotna pamięć
- Ja chyba nie grałem w żadnym meczu z Cracovią o ligowe punkty - zarzekał się wiceprezes Wisły Zdzisław Kapka, gdy zapytaliśmy go o wrażenia z wielkich derbów Krakowa. - Ale oczywiście nie dam za to głowy, nie założę się, że tak nie było - lekko się wycofał, gdy zasugerowaliśmy mu, że po raz ostatni było to przed jego wyjazdem do USA, do zespołu Spirit Pittsburgh. I był to w dodatku pożegnalny występ w ekstraklasie. - Dlaczego mnie oficjalnie nie pożegnano? Powinienem przynajmniej dostać kwiaty, przecież coś takiego utkwiłoby w pamięci - zastanawiał się głośno.
Z pierwszoligowych statystyk wynika, że Zdzisław Kapka ma na koncie jeszcze dwa inne pierwszoligowe spotkania z Cracovią - w sezonie 1982/83.
Pamięć jest ulotna, mylą się fakty i daty z derbów nie tylko jednemu z najbardziej znanych w historii "Białej Gwiazdy" piłkarzy.
- Za dużo mam wspomnień z różnych meczów - klubowych i międzypaństwowych, żeby zapamiętać szczegóły - przyznaje strzelec 153 goli w ekstraklasie Kazimierz Kmiecik. - Młodzi kibice nawet nie wiedzą, że jeszcze jako junior grałem w Cracovii, a dopiero później przeszedłem do Wisły, bo inaczej uniknąłbym zapewne złośliwości z ich strony, gdy raz czy drugi przyszedłem na stadion Cracovii.
Marek Holocher, syn Zbigniewa, byłego koszykarza i wiernego sympatyka Cracovii, bronił w obu zespołach: - Zapamiętałem dwa gole. Jednego strzelił Ma Tade Błachno - "za kołnierz", innego z kolei, też efektownego, Kazio Moskal. Bilans, mniej więcej, jest równy.
W Cracovii był trenerem 87-krotny reprezentant Polski, wychowanek i obrońca Wisły, Antoni Szymanowski, który też jak przez mgłę wraca do wydarzeń sprzed lat: - W 1969 roku miałem 18 lat i już grałem w pierwszej drużynie z Ryśkiem Wójcikiem, Stroniarzem, Studnickim, Hausnerem, Lendzioniem, Skupnikiem, ale już także z Musiałem, pokazywał się Kmiecik. To było jednak tak dawno, że nie pamiętam, czy grałem przeciwko Ryśkowi Sarnatowi, wtedy na pewno napastnikowi Cracovii. Zapamiętałem natomiast, że gdy prowadziłem Cracovię, to w meczu o Herbową Tarczę wygraliśmy z Wisłą 3-1. W historii to my, wiślacy, częściej wspomagaliśmy Cracovię. Tak trafił na drugą stronę mój brat - Henryk, gdy go Wisła nie chciała. Należy podkreślić, że nikt tu nie stawiał przeszkód. Mam nadzieję, że znów nastąpi zbliżenie, znikną animozje dla dobra krakowskiej piłki. Myślę, że najwięcej mają do zrobienia kibice, choć trzeba podkreślić, że to nasi kibice zadbali o to, by niedzielny mecz obejrzeli również sympatycy Cracovii.

Historyczne gole
Kiedy doszło do pierwszego meczu Cracovia - Wisła?
Kronikarze obu klubów twierdzą, że taki mecz, udokumentowany protokołem i wzmianką prasową, odbył się 20 września 1908 roku na Błoniach. Padł wynik 1-1, a historyczne bramki strzelili w 24 minucie dla Wisły Górski, w 45 min dla Cracovii Szeligowski.
Zdaniem dr. Józefa Lustgartena jednak już w 1906 roku musiało dojść do pojedynków Cracovii z Wisłą. Lustgarten pisze: - W 1906 roku organizowaliśmy turniej z udziałem 16 zespołów. Wygrali turniej biało-czerwoni przed Cracovią, czerwonymi i Wisłą. W tymże samym roku biało-czerwoni połączyli się z Cracovią, zaś czerwoni z Wisłą. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że także w 1907 roku graliśmy z Wisłą, ale wtedy prasa pracowała na zupełnie innych zasadach, dokumentacja nie była rzeczą najważniejszą. Dlatego nie ma możliwości odnalezienia opisanych źródeł tych spotkań. Pamiętajmy, że nie mieliśmy wtedy jeszcze państwowości polskiej, a austriackim zaborcom wcale nie zależało na rozwoju sportu w Galicji.

Od 1-5 do 5-5
Najbardziej dramatyczny mecz w historii derbów?
Zapewne pojedynek z 3 maja 1925 roku. Grano towarzysko, całkowity dochód przeznaczony był na konto niezbyt możnego związku, jakim był wówczas PZPN.
Oto jak ten mecz relacjonowano w "Kuryerze Codziennym":
Na grząskim, ciężkim po deszczu boisku Wisły wybiegły po południku jedenastki Cracovii i Wisły. Cracovia wystąpiła bez chorego Kałuży, w składzie, w bramce Szumiec, w obronie: Gintel, Fryc, w pomocy: Strycharz, Cikowski, Zastawniak, a w ataku Kubiński, Rusinek, Chruściński, Ciszewski i Sperling, Wisła Łukiewicz w bramce, Kaczor i Markiewicz w obronie, Kotlarczyk, Gieras i Krupa w pomocy, oraz Adamek, Czulak, H. Reyman, Kowalski i Balcer w ataku.
Cracovia narzuca silne tempo, atakuje bez przerwy, ale prowadzenie zdobywa dopiero w 27 minucie po strzale Chruścińskiego. Chwilę potem wyrównuje Reyman. Do 30 minuty nic nie zapowiadało sensacyjnego obrotu sprawy. W ostatnich 15 minutach przed przerwą zaczęły się dziać rzeczy nieoglądane w dotychczasowych derbach. W ciągu kwadransa Wisła straciła 4 bramki! W 31 minucie Ciszewski podwyższył na 2-1, parę minut później Chruściński, po kornerze, zdobywa trzecią bramkę. W 40 minucie zdegenerowany Łukiewicz, chwytając daleką centrę jednego z pomocników, pakuje sam sobie piłkę do siatki, a tuż przed przerwą bramkarz Wisły wypuszcza z rąk śliską piłkę, a nadbiegający Chruściński strzela piątą bramkę....
- Co będzie po przerwie - zadają sobie pytanie zwolennicy obu drużyn. - No, cóż - odpowiadają rozpromienieni kibice Cracovii - Wisła dostanie drugą piątkę...
- Zobaczymy - odpowiadają wiślacy, ale w głębi serca nie przypuszczają, by ich drużyna mogła odrobić różnicę bramkową. A tymczasem...
Wisła nie załamuje się. W 12 minucie po przerwie Reyman strzela drugą bramkę. W 17 minucie Balcer trzecią. 5 minut później znów celny strzał Reymana i wynik brzmi już 5-4. Cracovia coraz bardziej opada z sił, a Wisła, dopingowana strzeleniem trzech goli po pauzie, atakuje energicznie. Wreszcie na 10 minut przed końcem meczu wśród niesłychanego entuzjazmu zwolenników Wisły Reyman uzyskuje wyrównującą bramkę. Mecz kończy się remisem 5-5.
- Derby były w tamtych latach świętem dla Krakowa. Przychodziły na nie tłumy widzów. Trybuny zawsze były pełne. Atmosfera na widowni była wspaniała. Kibice oglądali mecz w wielkim skupieniu i napięciu. Oczywiście, też głośno dopingowali, ale nie było żadnych burd na trybunach, nikt się nie bił w czasie czy po meczu. Po wygranych derbach piłkarze Cracovii szli na tak zwany komers, czyli na kolację do restauracji Hawełka. A w mieście przez kolejne tygodnie nie mówiono o niczym innym jak tylko o derbach - tak wspominał "świetą wojnę" Zdzisław Skalski, który w 1937 i 1938 roku czterokrotnie grał w derbach w barwach Cracovii.

Mikołaj na Garbarni
Rok 1948 - supremacja Cracovii i Wisły w I lidze.
Oba zespoły kończą rozgrywki z jednakową liczbą punktów - 38. Zgodnie z regulaminem PZPN o tytule mistrza Polski ma zadecydować mecz na neutralnym stadionie. Rozegrano go 5 grudnia na boisku Garbarni. Cracovia wystąpiła osłabiona brakiem dwóch czołowych graczy, lewoskrzydłowego Bobuli, który otrzymał dyskwalifikację na 6 miesięcy, oraz obrońcy Parpana, zastąpił go Gędłek, którego pozycję zajął 18-letni Kaszuba.
Skład Cracovii: Rybicki, Kaszuba, Gędłek, Glimas, Jabłoński I, Jabłoński II, Poświat, Różankowski II, Różankowski I, Radoń, Szeliga. Skład Wisły: Jurowicz, Kubik, Legutko, Flanek, Filek I, Wapiennik, Cisowski, Rupa, Kohut, Gracz, Mamoń.
Mecz zaczął się sensacyjnie, już w 1 minucie Gracz wycofał piłkę do tyłu do Legutki, ten strzelił z daleka i Wisła prowadziła 1-0. Znakomity napastnik Wisły Mieczysław Gracz podbiegł do Edwarda Jabłońskiego i sepleniącym głosem rzucił mu: - Mas, k..., Mikołaja.
Zdopingowana Wisła nadal atakowała, ale jej akcje kończyły się na obronie Cracovii. Potem zaatakowała Cracovia, dwa razy strzelał Poświat, ale Jurowicz był na posterunku. W 44 minucie Poświat zacentrował na pole karne, gdzie stał specjalista od główek Stanisław Różankowski. Za chwilę piłka zatrzepotała w siatce Wisły.
Jeszcze nie umilkły oklaski kibiców "pasów", a już było 2-1. Edward Różankowski podciągnął piłkę na pole karne, podał do wybiegającego na lewym skrzydle Szeligi, a ten płaskim strzałem zdobył gola.
Wisła po przerwie postawiła wszystko na jedną kartę i przez wiele minut miała przewagę. Kiedy niemal cała drużyna wiślaków znalazła się na połowie rywala, nastąpił wypad Cracovii i Stanisław Różankowski, tym razem nogą, pokonał Jurowicza.
Cracovia na Mikołaja sprawiła sobie i kibicom najpiękniejszy prezent!
W ten sposób jedyny raz w 98-letniej historii obu klubów derby rozstrzygnęły o tytule mistrza kraju.
Po raz ostatni w ekstraklasie
Cracovia - Wisła 0-0
Cracovia: Koczwara - Nazimek, Dybczak, Konieczny, Marek Podsiadło - Hnatio (64 Kasperek), Graba, Surowiec, Kuć - Janikowski, Kubisztal.
Wisła: Zajda - Motyka, Nawrocki, Skrobowski, J. Jałocha - Targosz, Nawałka, Krupiński - Wróbel, Iwan, Banaszkiewicz.
Sędziował Józef Grzesiuk z Suwałk. Widzów 15 tys.
Krakowskim targiem, czyli podziałem punktów zakończył się 154. mecz derbowy 18 marca 1984 r., kiedy obydwie drużyny ostatni raz spotkały się w ekstraklasie. Już wtedy, niestety, dali o sobie znać szalikowcy. Namawiali zawodników do brutalnej gry. Na szczęście piłkarze nie dali się sprowokować. Przeprowadzili natomiast kilka składnych akcji, było parę ciekawych spięć podbramkowych, ale zabrakło tego, co jest solą futbolowego spektaklu - goli.
Już w 3 min doskonałą okazję zmarnował Janikowski, jeszcze lepszej w 30 min nie wykorzystał Iwan. Po jego efektownej główce, gdy wyskoczył wyżej od roślejszych obrońców Cracovii, Koczwarę wyręczył Marek Podsiadło, wybijając piłkę z linii bramkowej.
Rycerskość Lustgartena
I wojna światowa, rok 1916. Jeden ze współzałożycieli Cracovii, dr Józef Lustgarten, który był wtedy w jednej osobie sekretarzem, prezesem, trenerem, masażystą, a także zawodnikiem, próbował zebrać niedobitki pierwszej drużyny. Potem organizował mecze piłkarskie.
Do Cracovii przygarnął także wiślaków z Reymanem i Śliwą na czele, umożliwił im treningi, ba, Śliwa zagrał nawet kilka spotkań w pierwszym zespole "pasów". - Kierowałem się zasadą rycerskości w sporcie - mówił potem dr Lustgarten. Gdy jednak wojna minęła, dr Lustgarten zajął takie stanowisko: - Niech oni organizują swoją, własną Wisłę. Nie będę ich zatrzymywał, nie myślę przyciągać do Cracovii ich zawodników. W sporcie konieczna jest rywalizacja, bo bez niej nie ma postępu. Dla Cracovii potrzebna jest silna Wisła.
Wisła powstała i już w 1918 roku pokonała Cracovię 1-0...
...bo Kałużę ma
Skąd wzięło się określenie święta wojna? Jak mówi wielki znawca przedmiotu, dr Janusz Kukulski, przed jednym z meczów w latach 20., obrońca "pasiaków", reprezentant Polski Ludwik Gintel miał powiedzieć: - No, to chodźmy panowie na tę świętą wojnę.
Jaka atmosfera towarzyszyła ówczesnym derbom? Sięgnijmy do wspomnień red. Zygmunta Chruścińskiego, piłkarza Cracovii z lat 1920-1935:
- Najcięższe pod względem nerwowym były mecze z lokalnym i odwiecznym rywalem - Wisłą. Obojętne było, czyśmy mecz wygrali czy też zakończył się on porażką, spotkania te kosztowały nas (a przypuszczam, że i naszych przeciwników) dużo nerwów. Chodziło bowiem - jak to zresztą i dzisiaj się dzieje - o prestiż lepszej drużyny.
Miałem w Wiśle swych najlepszych przyjaciół, lecz na boisku, w czasie gry, nie widziałem ich, zapomniałem o nich, byli tylko przeciwnikami, bo takimi stawali się z chwilą rozpoczęcia meczu. Jestem przekonany, że to uczucie było i ich udziałem. Przed meczem i po meczu byli to najmilsi koledzy, z którymi chętnie i miło roztrząsało się miniony mecz i dyskutowało te czy inne dobre lub złe pociągnięcia.
W ferworze walki zapominało się o niejednym, mając tylko na myśli zwycięstwo dla barw swego klubu. Ale tak jak Henryk czy Jan Reymanowie lub Balcer, Gieras, Kaczor, Koźmin, Kotlarczykowie czy Makowski byli dobrymi wiślakami i kochali swój klub i dla niego walczyli o palmę pierwszeństwa, tak ja i moi koledzy z Cracovii kochaliśmy swój klub - Cracovię. Ukochali ją nie tylko dzisiejsi, lecz i dawni gracze, mili chłopcy, najlepsi przyjaciele i wzorowi członkowie: Synowiec, Mielech, Cikowski, Kubiński, Styczeń, Strycharz, Malczykowie, Węglowski, Szumiec, Mitusiński, bracia Zastawniakowie, Kałuża.
Jak wspomina Zygmunt Chruściński, Józef Kałuża, wyborny technik i drybler, znakomity strateg, który potrafił świetnie wyczuć słabe strony rywala i tam kierować generalny atak, nie był skory do pochwał w stosunku do kolegów:
- Lubił wszystkich krytykować na boisku, zwłaszcza gdy nie wykorzystywali jego podań. Raz tylko pochwalił mnie, mało - ucałował serdecznie. Było to w roku 1921, na finałowym meczu o mistrzostwo Polski między Polonią Warszawa a Cracovią wygranym przez nas 2-1. Przy stanie 1-1, na 10 minut przed końcem meczu, Kałuża dostał piłkę od pomocnika, ściągnął na siebie trzech przeciwników i krzyknął: - "Chruściel!". Wiedziałem, co to znaczy - nie oglądać się na nic ani na nikogo, tylko pędzić na wolne pole pomiędzy obrońców. Tak też zrobiłem. W tej chwili Kałuża idealnie wypuścił piłkę, dopadłem do niej, strzeliłem z 12 metrów dołem, obok słupka. Piłka trzepotała w siatce. I kiedy wracałem na środek boiska, pochwycił mnie Kałuża w ramiona i serdecznie ucałował. Miałem łzy w oczach. Pamiętam do dzisiaj piosenkę, którą Cracovia śpiewała na każdym komersie czy wyjeździe. Pierwsza zwrotka zaczynała się od słów:
A Cracovia, cym bum bum -
Doskonale gra.
Nie dziwota, cym bum bum -
Bo Kałużę ma.
W domu Reymanów
W tamtych latach w każdą niedzielę ulicą Wolską, dzisiaj Piłsudskiego, tłumy ciągnęły na stadion "pasiaków" lub na boisko Wisły. Na derbach frekwencja dochodziła w latach 20. do dziesięciu tysięcy widzów. Dyskusje, spory toczyły się na ulicy, w kawiarni, linie podziału przebiegały nawet w rodzinach. Tak było choćby w domu Reymanów przy ul. Jabłonowskich, bowiem wśród trzech braci piłkarzy Jan grał w Cracovii, a najmłodszy Henryk w Wiśle.
- Starałem się nie zaogniać dyskusji - wspominał nieżyjący Jan Reyman, doktor chemii, uczestnik igrzysk olimpijskich w Paryżu. - Łatwiej już w domu było od 1925 roku, kiedy to przeszedłem do "Białej Gwiazdy". Wcześniej jednak rywalizowałem z braćmi na zielonej murawie. Raz w derbach padł wynik 1-1, obie bramki strzelili Reymanowie, Henryk dla rywali, ja dla Cracovii. W "świętej wojnie" brutalnych fauli nie było, nie pozwoliłaby na to publiczność, która rozniosłaby takiego rozrabiakę. W tamtych czasach na pierwszym miejscu stawiana była ambicja, następnie technika. Gorzej było z kondycją, to był największy mankament polskiego piłkarstwa. Ale byliśmy czystymi amatorami. Na mecze, mimo przysługującej II klasy, jeździliśmy III, stołowaliśmy się w mleczarniach, wszystko, by zaoszczędzić klubowi nieco grosza. Rywalizacja Cracovii i Wisły przyczyniła się do wzrostu poziomu polskiego futbolu. Pamiętam sympatyczne nastawienie do "świętej wojny" wiślaków, szczególnie ich oddanego prezesa dr. Obrubańskiego i jego słynne zdanie: "Niech Cracovia będzie najsilniejsza na świecie, tylko my jeszcze silniejsi!".
Teksty przygotowali Jerzy Sasorski i Andrzej Stanowski.
źródło: Dziennik Polski, dodał: projo, odsłon: 233
Musisz się zalogowac aby dodawac komentarze

Redakcja nie ponosi odpowiedzialści za treść zamieszczonych komentarzy! Zastrzegamy sobie prawo do ich usuwania.
