Ekstraklasa
Wydarzenia

Odporni na plotki
Piątek, 28 grudnia, 14:06
Czym się dziś może Bytom pochwalić na arenie ogólnopolskiej? Przede wszystkim Polonią. A obojętność na jej losy wciąż jest w mieście i okolicach ogromna - prezes Damian Bartyla podsumowuje 5,5 roku u steru beniaminka ekstraklasy. Umawianie się na „spowiedź z pięciu lat” trochę trwało. Za każdym razem, gdy bywało już blisko, Damianowi Bartyli, prezesowi Polonii Bytom, coś wypadało. A to zmiana sztabu szkoleniowego po rundzie jesiennej, a to list otwarty zawodników, to znowu negocjacje transferowe. Piłkarskie życie w końcu jednak - pod koniec grudnia - na chwilę wyhamowało...
Żeby dobrze zrozumieć skalę tego, co udało się panu zrobić w Polonii przez minione lata, zacznijmy od początku. Przychodzi pan na Olimpijską latem 2002 roku...
Zaraz, zaraz. To do mnie, do urzędu miejskiego, gdzie wtedy już pracowałem, przyszło latem 2002 roku sześciu zawodników Polonii. Poprosili o podjęcie działań, które umożliwiłyby drużynie przystąpienie do rozgrywek. Istniało bowiem realne niebezpieczeństwo zniknięcia Polonii z mapy sportowej. Pojechałem do klubu po wielu latach przerwy - to znaczy chodziłem na mecze III-ligowe we wcześniejszym sezonie, ale nigdy nie zaglądałem „do środka” - i przeraziłem się. Nie było strojów piłkarskich, klub miał podpisane umowy raptem z sześcioma zawodnikami, do tego dochodziły długi... Katastrofa. Przez dwa dni się zastanawiałem, czy w ogóle jest sens podejmowania jakichkolwiek działań. Przeważył fakt, że wychowałem się w tym klubie od 9. roku życia aż do wieku seniora. Uznałem, że warto powalczyć.
Dlaczego przyszli akurat do pana?
Byłem trochę zdziwiony, być może była to po prostu jedna z ostatnich desek ratunku? Nie wiem, ile „kapliczek” odwiedzili wcześniej. Najwidoczniej uznali, że jestem człowiekiem, który może coś załatwić. Wskrzeszenie zamiast pogrzebu
No i ten człowiek coś załatwił, bo Polonia wystartowała.
Dwa tygodnie przed rozgrywkami naprawdę trudno cokolwiek załatwić, jeszcze nie mając wiele do zaoferowania w zamian. Obdzwoniłem tych zawodników, których akurat znałem, a którzy jeszcze nie byli „zaklepani” do innych klubów. Mogłem im zaoferować pieniądze co najwyżej rekompensujące zwrot dojazdów - pierwsze premie pojawiły się dopiero w rundzie rewanżowej. Drużynę zgłaszaliśmy do rozgrywek dzień przed ich inauguracją. Odra Opole, nasz pierwszy rywal, nie chciała się zgodzić na przełożenie spotkania. Przegraliśmy 0-3, ale... graliśmy! Sezon był w całości poświęcony temu, by się utrzymać w III lidze, bu zbudować względną stabilizację. W kolejnym sezonie zaczęło - oczywiście przy uwzględnieniu odpowiedniej skali - przybywać środków finansowych. Na tyle, że przed rozpoczęciem sezonu 2004/05 stać nas było na zatrudnienie grupy piłkarzy rozpadającego się Włókniarza Kietrz (Jacek Trzeciak, Tomasz Sosna, Ireneusz Marcinkowski, Jacek Broniewicz - dop. red.). Okazało się, że wystarczy to na grę o czołowe miejsce. Potem były baraże - pamiętne, ze względu na rozstrzygający gol w doliczonym czasie gry - no i powrót na szczebel centralny.
Pięć lat temu pewności, że się uda cokolwiek, nie było.
Bo nie mogło być. Wystarczyło spojrzeć na stan całego bytomskiego sportu w tym okresie. Znałem środowisko bytomskie; wiedziałem, że są tu ludzie, którzy mają możliwości pomocy. Ale też doskonale widziałem ogólną niechęć do inwestowania w sport.
Trochę przekornym jawi się fakt, że o wskrzeszenie umierającego klubu walczył... przedsiębiorca pogrzebowy.
Zanim trafiłem do pana Ryszarda Walickiego, zastukałem do bardzo wielu drzwi. I u żadnych nie znalazłem odzewu, postawa była obojętna. Firma pogrzebowa to była jedna z ostatnich opcji, ale pomyślałem: „nie mam już nic do stracenia”. Tym bardziej, że Sportowa Spółka Akcyjna Stanisława Zasady, nasz „poprzednik”, przekazała nam drużynę, ale bez źródeł jej finansowania. O zarząd nad targowiskami miejskimi - i dochód z nich - musieliśmy walczyć w sądzie.
Diagnoza sytuacji ogólnej w mieście nakazywała porównanie próby sportowego awansu Polonii do porywania się z motyką na słońce. Pan zdecydował się jednak porwać.
Bo wciąż - choć karierę piłkarską zakończyłem dużo wcześniej - czułem się sportowcem. Poza tym wychodziłem z prostego założenia: jeśli chcemy się rozwijać, musimy pewne działania po prostu wymuszać. W sezonie 2004/05, kiedy wywalczyliśmy awans do II ligi, zawodnicy na półmetku przychodzili do mnie i mówili: „prezesie, nie jesteśmy przygotowani organizacyjnie, nie mamy stadionu”. A ja odparowywałem: zmuśmy gminę do inwestycji awansem sportowym! Ryzykowałem, bo nie miałem pokrycia finansowego na te działania. Ale polityka była słuszna, bo tylko wynik na boisku wymusza odpowiednie działania. Nie było ich nigdy w połowie rozgrywek, gdy awans - najpierw do II, a potem I ligi - stawał się prawdopodobny. Dopiero postawienie przed faktem dokonanym: panowie, drużyna jest w ekstraklasie, zmuszało choćby właściciela stadionu - czyli miasto - do działania. Gdybyśmy nie zrobili tego awansu, o stadionie Polonii nikt by nie rozmawiał, nie byłoby tych masztów przy Olimpijskiej.
Inwestycje z gminy to „pieniądze celowe”: na remont stadionu. Równolegle jednak trzeba było organizować kasę dla zawodników, na przejazdy itp. A Bytom - jak sam pan mówił - to pod tym względem trudny teren.
Dlatego ten awans w dużym stopniu budowali ludzie spoza Bytomia, nieraz z odległych stron kraju. Nie był to ciągły sponsoring, ale czasami ważne, pojedyncze wpłaty, ratujące nam życie w danym momencie. A że teren jest trudny, przekonał się pewien człowiek, który wcześniej organizował sieć sponsorską m.in. w Jagiellonii i Cracovii. Od nas dostał mieszkanie służbowe i obietnicę prowizji dwukrotnie wyższej niż w tamtych klubach. I po dwóch miesiącach przyszedł, bezradnie rozkładając ręce. Tutaj nie działały żadne mechanizmy, sprawdzające się w tamtych miastach! Tam - po awansie - zainteresowanie jakąkolwiek formą współpracy, „podpięcia się” pod sukces, było spore. U nas - żadne. Jedyne, co osiągnął, to organizacja gali na 85-lecie klubu. Inna rzecz, że trudno przyciągnąć poważnych partnerów, nie mając stadionu. Ten nasz - nawet gdy rozbłysną na nim światła i uruchomiona zostanie podgrzewana płyta - wciąż będzie wyglądać jak skansen. 700 tys. w dwa tygodnie
Największe rozczarowanie tych pięciu lat na prezesowskim stołku?
Ów bezruch środowiska biznesowego. Czym się dziś może Bytom pochwalić na arenie ogólnopolskiej? Przede wszystkim Polonią. A obojętność na jej losy wciąż jest w mieście i okolicach ogromna. Poza tym jestem bardzo rozczarowany pojawiającymi się nieobiektywnymi komentarzami dotyczącymi oceny dotychczasowej działalności zarządu Polonii. Te komentarze obrażają ludzi, którzy wiele dla klubu zrobili. To dzięki tym „zapaleńcom” Polonia dziś istnieje i w bardzo ciężkich warunkach - biorąc pod uwagę - awansowała z III ligi do Orange Ekstraklasy. Nas bronią wyniki i tego nikt nie jest w stanie podważyć. W biednym mieście zrobiliśmy I-ligowy klub, o czym marzą w nieporównywalnie silniejszych ekonomicznie miastach, jak Wrocław, Gdańsk, Katowice czy Gliwice. Często powielają je ludzie, którzy dla klubu nic nie zrobili i prawdopodobnie nie są w stanie niczego zrobić. Pocieszam się, że jest ich stosunkowo niewielu, a prawdziwi kibice doceniają naszą pracę. Często w życiu jest tak, że ci, co najwięcej krytykują, sami do niczego się nie nadają. Wiem też, że Polonia w mieście nie ma wyłącznie przyjaciół. Wiele osób wręcz „modli się” o nasz spadek.
Ale pieniądze pan znajduje. Na przykład 700 tys. zł na spłacenie długów wobec ZUS-u i urzędu skarbowego w dwa tygodnie, gdy ważyły się losy waszej licencji.
Błąd w założeniu. Gdybym dał sobie dwa tygodnie na znalezienie tej kwoty, wszystko by runęło. Wiedząc, że w czerwcu może być taka konieczność, pół roku wcześniej zacząłem myśleć, skąd ten milion wziąć - bo na tyle wyceniałem wówczas koszta uzyskania licencji na ekstraklasę. No i się udało.
W Bytomiu niektórzy inteligentni ludzie powiadają, że to muszą być pieniądze - hm - nie całkiem legalne. Pada nawet - cokolwiek by miało znaczyć - słowo „mafia”...
W dokumentach księgowych jest wszystko, łatwo to sprawdzić. Mówi pan: „inteligentni ludzie”? To ja - jako prezes Damian Bartyla - odpowiem krótko: takie tezy z inteligencją niewiele mają wspólnego. Uodporniłem się na zawiść, na plotki. Nie wiem, czy się z nich śmiać, czy się wkurzać. Sam wiem, ile mnie kosztowało zachodu zdobycie tych środków. Ile razy - jak mi mówili potem niektórzy - musiałem się wręcz ukorzyć albo poniżyć, żeby cokolwiek „wyszarpać” od sponsorów. Ale było warto, skoro w tych trudnych chwilach bywały pojedyncze wpłaty na poziomie przekraczającym 100 tys. złotych!
A teza, że Polonia to dziś „prywatny klub” prezesa Bartyli? To ponoć ma zniechęcać do inwestowania, pomocy...
Nie jestem prezesem przyspawanym do stołka. I nie jest to prywatny klub Bartyli, Zająca, Izydorczyka, Rudnickiego... Jeżeli pojawi się ktoś, dzięki któremu Polonia się będzie rozwijać, odejdę. Jest zresztą okazja - do 30 czerwca 2008 powinniśmy założyć sportową spółkę akcyjną. Takie zalecenie dostaliśmy z PZPN. Tyle że na razie nie widzę nikogo, kto jednoznacznie powiedziałby: „tak, jestem zainteresowany inwestycjami”. Też słyszałem, że ponoć moja osoba jest przeszkodą w mocniejszym zaangażowaniu finansowym miasta w klub. No to zadałem to pytanie prezydentowi Bytomia. I usłyszałem jasną odpowiedź: miasto będzie zainteresowane wejściem w spółkę na poziomie co najwyżej 1 procenta. Władze gminy nie przewidują natomiast przejęcia klubu.
Facet w pana wieku mógłby swą operatywność spożytkować w inny sposób, na przykład na rozwinięcie w ciągu tych pięciu lat własnej - dobrze prosperującej - firmy...
... a ja na Polonii się nie dorobiłem? To fakt. Wbrew plotkom głoszonym w Bytomiu, nie mam konta na Seszelach, prezesem jestem społecznym - choć namawiają mnie członkowie zarządu, bym się „sprofesjonalizował” - a do klubowej kasy czasem dokładałem, zamiast z niej cokolwiek wyciągać. Zresztą generalnie poza dyrektorem, panią od marketingu i panią sekretarką - ograniczamy do minimum cały pion administracji. Na pewno jesteśmy pod tym względem klubem najmniej kosztownym w całej ekstraklasie. Co nie znaczy, że najmniej płacącym. Trochę mnie ostatnio rozczarował list otwarty piłkarzy i solidarne pod nim podpisy wszystkich. Zwłaszcza tych, którzy ze mną przez te lata szli. Oni najlepiej wiedzą, co w Polonii było trzy-cztery lata temu, a co jest teraz. Zrezygnowałem już z podawania konkretnych kwot, jakie zarobili gracze w tym sezonie. Powiem tylko tyle, że nikomu w całej historii klubu nie płaciło się tyle, ile płacimy w obecnym sezonie. Ku memu zdziwieniu stwierdziłem, że 2-3 kluby w lidze płacą mniej od nas - mam na myśli pensje i premie razem wzięte. Myślę, że zawodnicy - przynajmniej niektórzy - to docenili. Na klubowej Wigilii kilku miało nisko spuszczone głowy...
Ąródło: Sport, dodał: KOGUT, odsłon: 401
Musisz się zalogowac aby dodawac komentarze

Redakcja nie ponosi odpowiedzialści za treść zamieszczonych komentarzy! Zastrzegamy sobie prawo do ich usuwania.
