Ekstraklasa
Wiadomosci
Dmo: Walczymy o mistrzostwo !
Piątek, 30 lipca, 02:17
Dość buńczuczne zapowiedzi złożył w wywiadzie dla Gazety Wyborczej prezes Wisły Płock Krzysztof Dmoszyński. Zapowiedział, że drużyna walczyć będzie o mistrzostwo kraju w co nie wierzą nawet najwierniejsi fani klubu.Oto treść wywiadu:
Rafał Kowalski: Za tydzień piłkarze ekstraklasy rozpoczną kolejną batalię o mistrzostwo Polski. Czy zrobił
Pan wszystko, by Wisła Płock była do niej optymalnie przygotowana?
Krzysztof Dmoszyński: Myślę, że władze klubu maksymalnie wykorzystały swoje aktualne możliwości. Nie stać nas na kupowanie piłkarzy za duże pieniądze. Staraliśmy się na przykład o Łukasza Madeja z Lecha Poznań, ale suma odstępnego za tego zawodnika była zbyt duża (mówi się, że klub z Poznania zażądał 100 tys. euro plus wypożyczenie Ariela Jakubowskiego i Bartłomieja Grzelaka z opcją wykupienia, na co z kolei nie zgodziła się płocka rada nadzorcza - przyp. red.). Z grona zawodników, którzy przyszli do nas przed nowym sezonem, tylko za Pawła Sobczaka musieliśmy zapłacić pieniądze stołecznej Polonii. Pozostali trafili do nas jako wolni gracze. Oprócz tego, przybyli kolejni młodzi piłkarze.
Kiedy narodziła się ta koncepcja sprowadzania piłkarzy z kartą w ręku i zdolnej młodzieży, zamiast kosztownej i wypalonej armii zaciężnej?
- Wszystko zaczęło się z przyjściem trenera Jabłońskiego. Przykłady Klaudiusza Ząbeckiego czy Sławka Peszki pokazały, że sprawdza się stawianie na wychowanków klubu lub sprowadzanie wyróżniającej się młodzieży. Często z czwartych i piątych lig. Obecnie duże nadzieje wiążemy z Łukaszem Figaczem i Tomaszem Grudniem. Kolejni wychowankowie: Artur Lemanowicz i Radosław Budnicki są teraz na testach w Widzewie, bo chcemy, by mogli się ogrywać w lidze nie niższej niż trzecia. W Wiśle procentuje podejście trenera i dobrze prowadzona praca z młodzieżą. Nie wierząc w jej rozwój, na pewno byśmy nie inwestowali w sztuczne boisko, które jest przede wszystkim dla młodych piłkarzy.
Były jakieś trudności przy negocjacji indywidualnych kontraktów nowych graczy?
- Zawodnika, któremu kończy się kontrakt, obserwuje się nawet pół roku wcześniej. Głównie najpierw na podstawie kaset, a potem zaprasza się ich na testy. Bo przecież kasety można tak zmontować, że piłkarz jawi się na nich jako wirtuoz światowej sławy (śmiech). Rozmowy również rozpoczynają się kilka miesięcy przed ewentualnym przyjściem zawodnika. Tak było np. z Arkadiuszem Klimkiem i Patrykiem Rachwałem. Cieszę się, że tym razem działaliśmy po cichu, ale konsekwentnie. Nie powtórzyła się sytuacja z ostatniej zimy, kiedy zrobiło się głośno o naszym zainteresowaniu Bartoszem Ślusarskim z Lecha. Kiedy z wiceprezesem Szczepanem Targowskim jechaliśmy, by podpisać ostateczną umowę, za Kutnem zastał nas telefon o zawieszeniu rozmów. A niedługo później Ślusarski trafił do Groclinu.
Za to przyszli Robert Gubiec czy Paweł Sobczak, którzy uchodzą za graczy niepokornych...
- Osobiście cieszę się, że ci piłkarze trafili do nas. Według mnie w piłkę powinni grać przede wszystkim ludzie, za przeproszeniem, z jajami. Oczywiście prawdziwą weryfikacją będą rozgrywki ligowe. Pamiętajmy też, że piłkarz ma pasować do zespołu nie tylko swoimi umiejętnościami, ale też osobowością. Wisła to solidny klub z perspektywami. Przychodząc do nas, nie można myśleć tylko o wypłacie, trzeba w pełni się identyfikować ze środowiskiem.
Do trenera należała ostateczna decyzja, którzy piłkarze mają przyjść na Łukasiewicza?
- Bezwzględnie tak, w końcu on bierze odpowiedzialność za zespół. Trener Jabłoński dostał od nas carte blanche. On wnioskuje o piłkarzy, których potrzebuje. A zarząd, w miarę swoich możliwości, stara się spełnić to zapotrzebowanie. Nie ma u nas sytuacji, że ktoś z władz klubu mówi trenerowi: proszę wziąć tego zawodnika. Określony gracz musi po prostu pasować do koncepcji sztabu szkoleniowego pierwszego zespołu.
Czy są piłkarze, których przed sezonem nie udało się ściągnąć do Wisły?
- O Madeju już wspomniałem. Byliśmy też zainteresowani Tomaszem Frankowskim, jednak najpierw Wisła Kraków żądała za niego zbyt wiele, a potem sam zawodnik podpisał nowy kontrakt z drużyną mistrza Polski. A inni zawodnicy, których proponowali krakowianie, nie pasowali do koncepcji trenerowi Jabłońskiemu. Niestety, kluby z Włoch i Portugalii niemal w ostatniej chwili wyrwały nam dwóch bardzo dobrych pomocników z Bałkanów. Nie mieliśmy szans konkurować z nimi finansowo. Czy przez to będzie nam brakowało lewego pomocnika? Nie sądzę. Na wiosnę graliśmy takim "oszukanym" lewoskrzydłowym i uważam, że wyszło nie najgorzej. Myślę, że mamy kreatywnych piłkarzy. W każdym razie w grupie proponowanej przez Wisłę Kraków nie było lewoskrzydłowego Piotra Brożka, wypożyczonego obecnie do Górnika Zabrze.
Wielu kibiców ma do klubu pretensje, że pozwolił odejść takim piłkarzom jak Bartosz Jurkowski czy Adam Majewski, no i co z Emanuellem Ekwueme?
- Jurkowski nie przyjął warunków finansowych zaproponowanych przez klub. Co do Majewskiego, to decyzję o jego odejściu podjął trener. Natomiast w przypadku Ekwueme, obie strony pracują nad ustaleniem kompromisu w sprawie rozwiązania kontraktu (za główną tego przyczynę uważa się ciągłą niesubordynację Nigeryjczyka - przyp. red.). Co do reszty zespołu, to najtrudniej było zatrzymać... trenera (śmiech). Z zawodnikami raczej nie było problemu. To dlatego, że wyrobiliśmy sobie niezłą markę w piłkarskim środowisku. A tutaj, jeśli klub oszuka jakiegoś gracza, nie zasili go już żaden porządny zawodnik. Natomiast jeśli klub jest wiarygodny, nie ściemnia nawet o ewentualnych spóźnieniach w wypłacie, zawodnicy chętnie przedłużają z nim kontrakty.
Mówimy dużo o piłkarskim obliczu Wisły. Czy również organizacyjnie klub jest przygotowany do nowych rozgrywek?
- Umowę z Orlenem mamy podpisaną do 31 grudnia br. Niestety, nie zabezpiecza ona właściwego funkcjonowania klubu do końca roku. Żeby przeżyć do zakończenia nadchodzących rozgrywek, nasz budżet musi być nie mniejszy niż w poprzednim sezonie. Wtedy na dwie sekcje mieliśmy 11 mln zł. Bo często się zapomina, że Wisła Płock to również mistrzowie Polski w piłce ręcznej, których w najbliższym sezonie czeka walka o obronę tytułu i rywalizacja w Lidze Mistrzów. Dlatego konieczne było przyjście nowych zawodników: Marcina Wicharego z Warszawianki, Vladimira Ilina z Newy Petersburg, a po okresie rehabilitacji dojdzie do nas z Warszawianki Michał Matysik... Na razie rozmowy z władzami koncernu trwają i wierzę, że zakończą się pomyślnie.
Jeśli do grudnia rozmowy zakończą się fiaskiem, trzeba będzie sprzedać jakiegoś piłkarza, na przykład Ireneusza Jelenia?
- To pan powiedział... Po zakończeniu ostatniego sezonu, Wisła miała wiele propozycji od innych klubów, by wytransferować Irka Jelenia. Jednak nie zrobiliśmy tego, bo wyszliśmy z założenia, że chcemy budować silny zespół. W piłce nieopłacalne są krótkie kontrakty z wartościowymi i perspektywicznymi graczami. Na przykład Irek ma podpisaną umowę do 2006 r. Trzeba mu jednak regularnie płacić do czasu wygaśnięcia umowy określone pieniądze, a my musimy je posiadać. Inaczej Polski Związek Piłki Nożnej rozwiąże umowę z winy klubu, mimo wcześniejszych nakładów poniesionych przez niego względem piłkarza.
Czy w takim razie na półkę trzeba odłożyć plany podgrzewanej murawy?
- Myślimy również o nowym budynku socjalnym, szatniach w 100 proc. zgodnych z wymogami UEFA... Jednak na razie dysponujemy budżetem grubo poniżej 10 mln. I gdybyśmy chcieli rozpocząć wymienione inwestycje, w lidze Wisła grałaby samymi juniorami. Zresztą nie mamy jeszcze do końca spłaconej inwestycji pt. sztuczna płyta. Musimy tę sprawę załatwić do końca, a dopiero później pomyśleć o następnych. Bo ja jestem przeciwnikiem zaciągania kredytów.
W takim razie łatwiej chyba będzie zrealizować plany sportowe. Czy tak jak w ostatnim sezonie, również i w tym Wisła będzie mierzyła w minimum ósme miejsce?
- Myślę, że frycowe już zapłaciliśmy w takich meczach jak z Wisłą Kraków czy Lechem Poznań, kiedy wypuszczaliśmy z rąk pewne zwycięstwo. Jednocześnie sądzę, że piątym miejscem, najwyższym w historii klubu, nie przynieśliśmy wstydu sponsorowi i kibicom. Pokazaliśmy waleczność i charakter. O Wiśle zaczęło być głośno w Europie, czego przykładem są choćby zaproszenia na turnieje do Francji czy Niemiec. Teraz tak personalnie ustawiliśmy zespół, by powalczył o miejsce wyższe niż piąte. Powiem więcej: od pierwszego spotkania chcemy grać o mistrzostwo Polski. Wiem, że to zdanie może wzbudzi salwy śmiechu, że niby Dmoszyński obiecuje coś, co nie wypali. Ale ja uważam, że trzeba zawsze być optymistą i stawiać sobie coraz wyższe cele.
Z pewnością niezbędna będzie pomoc kibiców. Czy między nimi a klubem jest już zakopany topór wojenny? Przypomnijmy, że za zwymyślanie trenera Świtu i rzucanie pozostałościami po pochodniach w kierunku graczy Groclinu, klub na ostatni mecz ubiegłego sezonu zamknął kibicowską trybunę.
- Tymi ruchami uprzedziliśmy sankcje, łącznie z finansowymi, które groziły nam ze strony Wydziału Dyscypliny PZPN. Zakupiliśmy też we Włoszech dodatkowy tunel, który będzie zabezpieczał zawodników. Wiem, że powinniśmy iść w stronę likwidacji płotów odgradzających boisko. Niemniej na razie uniemożliwiają nam to niektóre zachowania pseudokibiców, którzy są oczywiście w mniejszości. My na pewno nie dążymy do żadnej wojny z kibicami. Na przykład na pojedynek Wisły z Górnikiem Zabrze, nasz pierwszy mecz w nadchodzącym sezonie, kibice przyjezdni zostaną wpuszczeni za darmo. Tym samym zrewanżujemy się zabrzanom za taki sam gest, który wykonali wobec nas na wiosnę.
Czy w tym czasie na murawie będzie również tak gościnnie?
- W żadnym wypadku. Przecież zamierzamy walczyć o jak najwyższe cele. Gościnność bardziej pasuje do restauracji, a nie do boiska.
źródło: Gazeta Wyborcza, dodał: projo, odsłon: 577
Musisz się zalogowac aby dodawac komentarze

Redakcja nie ponosi odpowiedzialści za treść zamieszczonych komentarzy! Zastrzegamy sobie prawo do ich usuwania.